Barman czy barista na wesele. Wedding planner tłumaczy, kiedy potrzeba obu
Pierwsze spotkanie z parą młodą zaczyna się zwykle od pięciu pytań o salę, dziesięciu o dekoracje, a potem przychodzi to jedno. „A barman czy barista? Wystarczy jeden, czy musimy mieć oba?” Słyszę je, odkąd pamiętam.
Osiem lat planowania wesel nauczyło mnie, że odpowiedzi nie ma jednej. Są pary, którym sam drink bar starczy w zupełności. Inne do końca będą żałować, że nie zamówiły kawy. Bywają też wesela, gdzie oba bary stoją obok siebie i obsługują zupełnie innych gości – barman do toastu, barista o czwartej rano przed poprawinami. Decyzja prawie nigdy nie zależy od tego, kto z państwa młodych bardziej lubi drinki, a kto kawę. Zależy od godziny zakończenia, liczby gości za kierownicą i tego, ile par wraca w niedzielę na poprawiny.
Sam barman wystarczy, kiedy wesele kończy się o trzeciej
Najczęściej trafiają do mnie pary planujące klasyczne wesele w sali pod miastem, na osiemdziesiąt do stu osób, z muzyką do drugiej, trzeciej. Dla nich sam drink bar to w zupełności wystarczy. Cztery, pięć drinków w karcie, sekcja bezalkoholowa dla gości za kierownicą, dwóch barmanów na zmianę – tyle starcza, żeby przez całą noc nikt nie musiał czekać po kolejnego drinka dłużej niż dwie minuty.
Pamiętam wesele Magdy i Krzyśka, koleżanki ze studiów. Sto dwadzieścia osób, sala na piętrze restauracji w Świętokrzyskiem, koniec o drugiej. Magda upierała się, że „kawa musi być, bo ksiądz proboszcz nie pije”. Na końcu okazało się, że proboszcz pił herbatę przy stoliku, gdzie kawa stała z bufetu jeszcze od kolacji, a barman miał kolejkę po toaście do północy i tuż przed ostatnim kawałkiem DJ-a. Kawa nikomu nie była potrzebna, bo wszyscy wracali autobusami zamówionymi przez młodych.
Pytanie podstawowe brzmi: o której godzinie ostatni gość wsiada w samochód albo idzie spać. Jeśli o drugiej, trzeciej – barista zazwyczaj jest fanaberią. Można go zamówić jako gest dla starszych gości, ale w skali wesela nie zmieni niczego. Lepiej te pieniądze włożyć w lepszą whisky w drink barze albo w sekcję mocktailową, bo gości niepijących mamy dziś więcej niż dekadę temu. To akurat zmiana, której nie widzą jeszcze cioteczne babcie, ale którą każda para młoda po trzydziestce ma już na własnej liście.
Kiedy gości ratuje kawa
Decyzja, czy obok barmana na wesele potrzebny jest drugi bar, zaczyna się od godziny końca. Jeśli wesele ma trwać do piątej, szóstej rano, jeśli planujecie poprawiny w niedzielę po dwunastej, jeśli co trzeci gość będzie wracał własnym samochodem – kawa przestaje być fanaberią i staje się ratunkiem. I nie mówię tu o termosie z dyspensera. Mówię o baryście, który robi espresso, flat white albo matchę przy stoliku, gdzie ustawia się kolejka.
Mam takie weselne wspomnienie: ślub Igi i Karola, plener pod Krakowem, sto pięćdziesiąt osób, koniec o szóstej. Karol uparł się na speciality coffee zamiast tradycyjnego bufetu kawowego. Barista przyjechał o północy, kiedy zabawa szła już pełną parą. Pierwsze dwadzieścia minut nikt na niego nie patrzył. A potem ustawiła się kolejka, w której stali fotograf, DJ, ksiądz proboszcz przed wyjściem i babcia panny młodej, która całe życie piła „neskę”. Babcia wzięła flat white i powiedziała, że „taką kawę pierwszy raz w życiu pije”. To było pierwsze wesele, na którym widziałam, że kawa naprawdę robi robotę.
Druga sytuacja, kiedy barista robi różnicę: poprawiny. Jeśli na niedzielę zaprasza się rodzinę i znajomych po dwunastej, a goście zostali noc w hotelu obok sali – kawa speciality w niedzielę rano nie jest luksusem, tylko jedyną rzeczą, która stawia ludzi na nogi. Mocne espresso, druga filiżanka, kawałek tortu i nagle wesele ma drugą część zabawy. Bez tego poprawiny często są smutne. Pół godziny pogadania, kanapka, ucieczka do domu.
Oba bary – dla kogo to robi różnicę
Trzeci wariant – oba bary obok siebie – polecam parom, które organizują wesele plenerowe na sto pięćdziesiąt, dwieście gości, albo wesele dwudniowe z noclegiem. Tu nie chodzi o „wybór”, tylko o to, że drink bar i bar kawowy obsługują kompletnie różnych gości w różnych momentach wieczoru. Barman pracuje w peakach: toast, kolacja, pierwsza godzina zabawy. Barista wchodzi po północy. Razem przykrywają całą noc.
Co ciekawe, oba bary to nie zawsze „dwa razy drożej”. Obsługa dzieli się tak, że barman i barista nie pracują równocześnie w pełnym składzie. W praktyce barman ma w peaku dwie osoby, w drugiej części wieczoru jedną. Barista odwrotnie: sam do północy, potem wzmocnienie. Owszem, kosztuje więcej, ale niewspółmiernie do tego, co dostajecie – obsługę baru przez całe wesele, bez „godziny dziury” o czwartej, kiedy ludzie szukaliby alkoholu albo kawy.
Jest jeszcze jeden powód, dla którego niektóre pary wybierają oba bary: rozpoznawalność marki wesela. Coffee print z monogramem młodych albo druk na drinkach z datą goście wynoszą w pamięci długo po sezonie. Matcha bar w plenerze sprawia, że nawet gość niepijący ma swoją scenę i nie sterczy z mineralką pod sceną. Tu już nie liczy się ilość drinków na godzinę, tylko to, że ktoś po roku pokazuje znajomym fotki z waszego wesela i nadal pamięta, co pił.
Co mówię parze, która jeszcze się waha
Trzy pytania zadaję na pierwszej konsultacji. Pierwsze: o której godzinie ostatni gość siada za kierownicą. Drugie: czy planujecie poprawiny w niedzielę. Trzecie: czy chcecie zapamiętane wesele, czy „po prostu fajne”. Odpowiedzi na te trzy pytania ustawiają decyzję sprawniej niż godzinna dyskusja o budżecie.
Najgorsze decyzje zapadają, kiedy para wybiera bar pod siebie, a nie pod gości. Mąż pija whisky, więc niech będzie drink bar. Ja lubię matchę, więc niech będzie matcha bar. A tak naprawdę większość państwa młodych na własnym weselu pije pół drinka i wodę mineralną. Bary są dla gości. I jeśli choć jeden z nich napisze pół roku później, że nadal myśli o tej kawie z waszego wesela – to znaczy, że wybraliście dobrze.






