Reportaż – marynarskie gwiazdki spędzane na morzach i oceanach – wspomnienia kapitana Piotra Wiszniewskiego

0
336


Piotr Wiszniewski, kapitan żeglugi wielkiej. Człowiek, który większość swojego życia spędził na morzu opowiada nam swoje i nie tylko swoje wspomnienia związane z Bożym Narodzeniem.

Nie są to jednak święta, podobne do tych jakie my – ludzie nie związani z morzem – spędzamy w domu. Opowiada nam o świętach nietypowych, spędzanych w zaskakujących miejscach. Opowiada o ciekawych zdarzeniach, które spowodowały, że były to święta niepowtarzalne i niezapomniane.

Ananasy zamiast jemioły
Buntownicy z HMS „Bounty” świętowali wigilię 1089 roku na Tahiti. Zamiast tradycyjnej na Wyspach Brytyjskich jemioły, zawiesili u sufitu międzypokładu kiść ananasa. Indyka zastąpił z konieczności prosiak. Tradycyjnie jednak śpiewali kolędy i odmawiali modlitwy.

Choinka z drewna
Na statku szkolnym „Lwów” Boże Narodzenie 1923 roku wypadło na Atlantyku w drodze powrotnej z Brazylii. Choinkę cieśla wystrugał z desek i pomalował na zielono. Po przybraniu w ozdoby wykonane przez załogę nie przypominała „artykułu zastępczego”. Unikatowe drzewko stało się eksponatem muzeum Szkoły Morskiej w Tczewie. Niestety w latach wojny hitlerowcy je zniszczyli.

Zaszkodził im pseudo karp
Boże Narodzenie roku 1931 załoga Daru Pomorza spędzała na redzie St. Pierre na Martynice. Była choinka z drzewa laurowego, były życzenia, opłatek własnego wypieku, śpiewano kolędy i spożywano wigilijne przysmaki: barszcz czerwony z kołdunami, śledzie w oleju, homary, owoce i smażoną, wyglądem przypominającą karpia. – ryba wszystkim zaszkodziła, co cała załoga odczuwała jeszcze długo po świętach.

Święta ze szczurem
Moja pierwsza, najbardziej pamiętna gwiazdka u progu kariery morskiej miała miejsce w 1947 roku w Szkole Jungów Państwowego Centrum Wychowania Morskiego w Gdyni. Wyznaczono mnie i trzech kolegów na wachtę na statkach szkolnych „Neptun” i „Neptunia”. Statki miały drewniane kadłuby, podczas wojny służyły w US Navy, a później zaadoptowane zostały na jednostki rybackie. Oba cumowały w porcie morskim w Gdyni.

Tuż po wejściu na pokład doszliśmy do wniosku, że do pilnowania jednostek wystarczy tylko jeden wachtowy, a pozostali, jak Bóg przykazał powinni spędzić święta w gronie najbliższych. Ponieważ nikt nie zgłaszał się na ochotnika zagraliśmy w marynarza. Wypadło na mnie. Koledzy przekazali swoje koce, zaprowiantowanie na całe święta i złożyli mi życzenia. Wieczorem napaliłem w piecu, zawiesiłem naftowe lampy na burcie od strony wody i ułożyłem się w koi. W nocy poczułem na sobie uścisk.
W półśnie pomyślałem, że jakieś zbłądzone dziewczę przyszło się do mnie ogrzać. Rzeczywistość okazała się daleka od sennych marzeń. Na moich piersiach rozłożył się szczur gigant – większy nawet od podwórkowego kota „dachowca”. Gdy otworzyłem szeroko zdumione oczy, sublokator czmychnął i zaszył się w statkowych czeluściach. Zerwałem się na równe nogi i pozostałą część nocy spędziłem na polowaniu. Szukałem wszędzie – oczywiście bez skutku.
Po kilku godzinach bezskutecznych poszukiwań postanowiłem coś zjeść. Poszedłem do worka z prowiantem. Wielkie było moje zdziwienie, kiedy worek okazał się prawie pusty. Nietknięte pozostały tylko konserwy. Oczywiście w okolicach pojawił się mój znajomy szczur. Zastanawiałem się czy go nie zabić, ale ten wyprzedził moje myśli i uciekł. Już więcej go nie widziałem. To nie był jednak koniec mojej świątecznej przygody ze szczurami.
Trzeciej nocy znużony ciągłym polowanie twardo zasnąłem. Śniło mi się, że siedzę w fotelu, a moją czuprynę strzyże najlepszy gdyński fryzjer. Rankiem, po przebudzeniu dotknąłem dłonią moich włosów i faktycznie wydały mi się jakieś krótkie. Spojrzałem w lustro – moja głowa przypominała kołchozowe ściernisko. Na skroniach szczury wygryzły mi włosy doszczętnie, pozostawiając jedynie gdzieniegdzie nierówne kępy włosów.

Dziczyzna zamiast indyka
Po latach pracy na morzu rozpocząłem nowy etap życia we flocie portowej. Nadeszła zima stulecia – grudzień 1962 roku. Niebotyczne zaspy śniegu pokryły wybrzeże od Świnoujścia po Braniewo. Mróz skuł lodem porty i prawie cały Bałtyk. Lodołamacze i holowniki dzień i noc kruszyły lód. Holownik „Marian” wyszedł na Przekop Mieleński w porcie szczecińskim, aby przetrzeć trasę. W pewnym momencie dostrzegłem przed dziobem niewielką, ciemną plamę, przypominającą kopczyk ziemi. Holownik zastopował maszyny, a bosman poszedł na zwiad. Po chwili zawołał:

– O rany dzik. Nogi mu się rozeszły i nie może ich pozbierać.

Nie byliśmy mu w stanie pomóc, a groziła mu śmierć w straszliwych męczarniach. Cierpienie skrócił bosman za pomocą topora przeciwpożarowego. Później nacięliśmy na brzegu trzciny, opaliliśmy zwierzę nad ogniem i oprawiliśmy. Każdemu z załogi przypadło około 30 kg dziczyzny. Przydała się na święta i nowy rok.

Najlepiej jednak w domu
Najmilej wspominam jednak święta spędzane w rodzinnym domu, na Kresach. Szczególnie te święta, kiedy byłem bardzo mały. Wtedy jeszcze moje rodzinne strony nie były „skażone” cywilizacją. W zimę do domu mojego ojca można było dojechać jedynie w momencie, kiedy mróz utwardził wodę i ziemię. Wtedy saniami zaprzężonymi w 3 lub 4 konie zjeżdżali z całej okolicy krewni. Tutaj święta trwały czasami nawet po trzy tygodnie. Goście zasiadali przy długim, suto zastawianym stole z warstwą siana, nakrytym białym, krochmalonym obrusem. Gdy pojawiała się pierwsza gwiazdka dzieliliśmy się opłatkiem, który spoczywał na porcelanowym talerzyku. W rogu oświetlonej naftowymi lampami izby stała choinka ustrojona w starodawne ozdoby. Pamiętam, że ojciec zawsze na święta robił ze śniegu przepyszne lody. Do cebrzyka wypełnianego śniegiem wlewał sok i wiśniowe konfitury. Później to wszystko ucierał na jednolitą masę. Częstował tym gości i wszystkie dzieci. To był nasz największy przysmak. Mieliśmy jeszcze jeden rodzinny zwyczaj. Zawsze na święta wyciągaliśmy ze strychu tradycyjną rodziną szopkę bożonarodzeniową. Miała ponad sto lat.

Piotr Dimitr Wiszniewski
Kapitan Żeglugi Wielkiej, dewiator, absolwent Szkoły Jungów w Gdyni i wydziału nawigacyjnego Wyższej Szkoły Morskiej w Szczecinie. Związany z morzem przez ponad 55 lat. Ostatnio pracownik Urzędu Morskiego w Słupsku. Pływał między innymi na Darze Pomorza. Był również szkoleniowcem żeglarstwa w Ośrodku Żeglarskim w Mielnie. Pływał także jako rybak. Wydał książkę pod tytułem „Pod gwiazdą Conrada – mój dziennik okrętowy”

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
Powiadom o